Biały Oleander – Janet Fitch

7 grudnia 2016

Biały Oleander Fitch

Opowieść o toksycznej miłości? Owszem, jednak nie takiej, jak mogłoby nam się wydawać. Nie chodzi tu o parę kochanków, która stwierdza, że nie może bez siebie żyć i postanawia owinąć się pępowiną tak ciasno, że samodzielny oddech nie jest możliwy. Tym razem toksyczna miłość dotyka matki i córki, które nie muszą stwarzać sobie iluzorycznej nici, która połączy je na zawsze. W „Białym Oleandrze” Janet Fitch, pępowina nigdy nie została przecięta.

Dwie kobiety i dwie historie, które nawzajem się przelatają. Ingrid – matka, egocentryczna poetka, równie trująca i niebezpieczna, co tytułowy kwiat. Bez większych skrupułów zabija pierwszego mężczyznę, który ją odtrąca. Wydawać by się mogło, że długoletni wyrok za kratkami sprawi, że szczególna więź, która łączy ją z Astrid – córką, zostanie zerwana. Jednak dopiero wtedy rozpoczyna się wędrówka, wtedy jeszcze 12-letniej dziewczynki. Świat, w którym przychodzi jej żyć, nie zachwyca. W każdej z sześciu rodzin zastępczych spotyka kobiety. Starr to niepijąca alkoholiczka i członkini chrześcijańskiej sekty, Marvel, widząca w Astrid jedynie siłę roboczą, Olivia – pozornie uosobienie dobra, Amelia – arystokratka, która w „wychowywaniu” znalazła pomysł na biznes, Claire, będąca ideałem matki i przyjaciółki do momentu, w którym nie popełnia samobójstwa, czy wreszcie Rena, żyjąca z tego co znajdzie na ulicy. Co łączy je wszystkie? Oczywiście matka, która kontroluje nie tylko czyny, ale również myśli dorastającej Astrid. Śle listy, pisze wiersze, nie szczędzi krytyki. Jest nie tylko niedostępna, ale i chłodna, w dodatku w niczym nie przypomina matki, której Astrid tak bardzo potrzebuje. Co zatrważające, postać skonstruowana jest w ten sposób, że czytelnik lgnie do Ingrid, niczym Astrid, nie zważając na  takie okazywanie uczuć.

Trudno powiedzieć, czy „Biały Oleander” to powieść o dorastaniu. Bo, czy Astrid kiedykolwiek dorosła? Jej życie to seria upadków, chwilowego złapania równowagi i znów upadku. Brak wzorców i wsparcia ze strony matki i opiekunek sprawia, że stają się one dla niej czymś powszednim. Jedynym prawdziwym domem dla córki, okazuje się postać matki, a ta symbioza wydaje się nie mieć końca.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *